Artykuł dodany: 2012-01-21 06:56:44 Dział: Wasze teksty
WASZE TEKSTY: Nasza historia zaczyna się bardzo dawno temu, za górami Zielonymi, Skalistymi, Łagodnymi, za górami Strenserburg i Bort. Tam żył sobie mały orzełek o imieniu Feliks. Jego kolonia żyła nad małą rzeką i jeziorkiem, na drzewach. Tam, gdzie by nie spojrzał był otoczony górami Bort.
Pewnego dnia spadły obfite deszcze. Poziom rzeki podniósł się i zaczął zalewać wszystko. Ptaki nie miały dostępu do pożywienia, więc większość starych ptaków poumierało. Niektórzy dzielni śmiałkowie, nurkowali i szukali ryb, ale większość z nich także zginęła. Pozostało ich bardzo mało. Drzewa, na których mieszkali zaczęły się łamać. Feliksa i jego matki także. Mama orzełka spadła do rzeki, a ponieważ miała złamane skrzydełko, nie mogła polecieć. Feliks smutny, szybko opuścił rodzinną kolonie i wzbił się ponad chmury. Przeleciał nad Górami Bort i zniknął.
Po paru dniach, głodny jak wilk, zobaczył tabliczkę z napisem „Wrocław”. Próbował odczytać napis i mamrotał:
- Ocaw, łwar…
- Wrocław, baranie – odezwał się ptak obok niego.
Orzełek obejrzał się, obok niego stał słowik.
- Kim jesteś? Czy aż tak jestem podobny do barana? Czy może musisz nosić okulary?
Słowik roześmiał się.
- Haha, podobny? Tak się nazywa głupków, którzy nie umieją czytać.
- Ale ja mam na imię Feliks.
- A ja jestem przewodniczącym zespołu „Poznańskie słowiki” i właśnie lecę sprawdzić, o której zaczyna się konkurs.
Feliks dowiedział się, że jutro organizują konkurs. Można śpiewać solo, w duecie albo z zespołem. Będzie organizowany jutro.
Wieczorem, zmęczony drogą orzełek, poleciał na wrocławski ratusz, aby się przespać. Na dachu było mu bardzo wygodnie, chociaż wolał ciepłe gniazdo z mamą… Umościł sobie z kilku patyczków gniazdo i poszedł spać.
O dwunastej w nocy dzwon zadzwonił. Feliks obudził się i zobaczył, że w jego stronę leci jakaś czarna chmura i mgnieniu oka, pospadały na niego żołędzie i kamienie. Jednym z nich dostał w skrzydło, i spadł w dół. Na szczęście na dole złapało go dziesięć małych krasnali: Życzliwek, Pieroznik, Bankuś, Gołębiarz, Kowal, Śpioch, Chrapek, Latarnik, Syzyfek i Papa krasnal. Nieśli go aż do Ostrowa Tumskiego. Położyli go na piasku, a Życzliwek nasypał coś mu na ranę. Chwilę to Feliksa szczypało, ale potem bardzo szybko się zagoiło. Pierożnik dał mu pieroga, a Papa Krasnal pobiegł do katedry po cegły.
Kiedy wrócił, krasnale zbudowały ogromy mur na brzegu Odry. Okazało się, że Feliksa zaatakowały „Poznańskie słowiki” i „Opolskie skowronki”. Życzliwek szukał coś w książce, a Papa Krasnal liczył w pamięci. Pierożnik poleciał na miotle po herbatę z cytryną dla orzełka. Po swojej stronie mieli Odrę, i czarownice z ich sławnego mostu. Szykowała się bitwa pomiędzy nimi, a ptakami, z niewiadomego powodu.
- Obmyślmy plan – zadecydował Papa Krasnal. – Bankusiu, idź do kamienicy „Jaś i Małgosia”, a gdy znowu będą nadciągać, zatrąb w tę oto trąbkę – powiedział, po czym dał mu mały złoty instrument.
Około trzeciej w nocy, kiedy zabił zegar w ratuszu, ptaki znowu nadciągały. Bankuś trąbił w trąbkę ile sił miał w płucach, urwało się jak hejnał, a najsilniejsze skowronki zabrały go i wyrzuciły do Odry. Latarnik i Syzyf popłynęli go uratować. Mały Feliks siedział zdezorientowany i ciągle się pytał, co ma robić. Papa Krasnal kazał mu i Kowalowi polecieć po amunicję. Jak kazali tak zrobili. Polecieli do katedry, a tam cicho. W rogu leżały czerwone cegiełki.
- Za cicho tu – stwierdził Kowal. – Coś musi się tu kryć.
Nagle z góry pozlatywały osy. Kłuły zaciekle, aż zaczęła im lecieć krew. Szybko wzięli cegły i popędzili nad odrę.
Papa Krasnal właśnie zajmował się falą, która pomoczyła ptaki do suchego piórka. Feliks wziął drewno i zapalił je. Rzucił drewna przed skowronki. Wystraszyły się, a piasek ani myślał go zgaszać.
Pojawił się jeszcze jeden mały problem. Z mostu czarownic nadleciały brzydkie, śmiejące się kobity na miotłach. Zaczęły rzucać w odrę małymi ognistymi kulkami, a ona zaczęła się cofać. To była magia. Życzliwek leczył Bankusia, a osy dalej ich goniły. Gołębiarz za pomocą swojej magii zatrzymał osy, one pospadały do wody odpływając z prądem. Czarownice chciały wziąć zakładnika, właśnie Feliksa. Czarownica Kunegunda porwała go na miotłę, ale on dziobnął ją w rękę. W końcu zapiszczał tak, że czarownice pospadały do wody, gdzie Odra je porwała. Zyskali miotły. Polecieli na most czarownic, zabierając ze sobą cegiełki. Kiedy dotarli na miejsce, wieża zegarowa wybiła godzinę czwartą. Skowronki i Słowiki popędzili za nimi. Na moście było dużo tajemniczych i ciepłych kątów, gdzie mogli się schować. Z ukrycia rzucali cegiełki. Czarownica, która była bardzo mała, pomogła im.
- Jestem Mirage – powiedziała.
Mała Mirage pokazała im laboratorium, w którym tworzyło się małe ogniste kulki. Skowronki i Słowiki zaczęli rzucać w nich kamieniami, żołędziami kasztanami itp. Wszystkie krasnale zaczęły rzucać w skowronki i słowiki cegiełkami. Bitwa trwała aż do wschodu słońca.
Po wschodzie ptaki poleciały do tajemniczej jaskini Mar na konkurs. Feliks i krasnale polecieli za nimi. Konkurs już się zaczął.
- Weź w nim udział - zachęcał Orzełka Życzliwek.
- Nie mogę – odpowiedział. – Nie znam żadnej piosenki…
- A kołysanki??
- Ach, tak! – wykrzyknął Feliks. – Kołysanka „Hi Hun” mojej mamy!
Rozległy się gromkie brawa, a na scenę wkroczyły „Poznańskie słowiki”. Zaśpiewały pieśń, a potem na estradę wszedł orzełek. Zaśpiewał kołysankę „Hi Hun”, tak ładnie, że pani sowa, najostrzejsza z jury, przyznała mu aż 7 punktów.
Do finału przeszedł Feliks i „Poznańskie słowiki”. Grupa słowików zaśpiewała inną piosenkę pt.: Gdzie wieje wiatr. Kiedy przyszła orzełka. Nie miał, co innego zaśpiewać, postanowił, więc improwizować. Jakie słowa natknęły mu się na język to śpiewał. W połowie piosenki ptaki zaczęły szeptać pomiędzy sobą „Patrz to pan Zielony, krytyk!” Orzełek zdezorientowany śpiewał dalej. Z za rogu wyleciał motyl o dużych zielonych skrzydłach. Miał okulary i teczkę. Kiedy Feliks skończył śpiewać
Pan Zielony usiadł mu na dziobie i uśmiechnął się:
- Bardzo ładnie, ale przydałaby się nutka mezzosoprano i tenoru – Zielony zaczął spacerować po jego dziobie drapiąc się w głowę. – Choć muszę zauważyć, że twój parodiowy bas jest nieco altowy, no, ale cóż… Podpiszesz ze mną kontrakt?
Rozległo się głośnie „łał”.
- Chętnie – odpowiedział Feliks.
Niedługo potem orzełek śpiewał już w najsławniejszej grupie operowej „Wrocławskie Ptaki” pod dowódcą pana Zielonego. „Opolskie skowronki” i „Poznańskie słowiki” odleciały na zawsze czerwone od zazdrości. Feliks za to po drugim koncercie wygrał konkurs i został najlepszym mezzosopranisto – tenorowo – basowo – altowym śpiewakiem w całym Wrocławiu.
Poszczęściło mu się także w życiu. Zakochał się w sopranistce Kunegundzie i miał dwójkę wspaniałych dzieci: Wacka i Elę.
Tagi:
skomentuj
Mnie się podoba w każdym razie =]
Fajne . He ,he ;)
Ekstra. Zgadzam się z poprzedniczkami.
Nawet fajne. Pisz dalej!!!!!!!
Śmieszne opowadanko! Znalazłam kilka błędów interpunkcyjnych. Ale i tak mi się podoba. :) Pisz dalej!
Wydawnictwo nie ponosi odpowiedzialności za treści komentarzy pozostawionych na stronie.
Teksty ukazujące się na stronie nie mogą być kopiowane bez zgody wydawcy.
© Agencja Wydawnicza AGA-PRESS
projekt i wykonanie: Logonet Sp. z o.o.