Artykuł dodany: 2011-01-11 15:45:00 Dział: Wasze teksty
WASZE TEKSTY: Trzecia i nie ostatnia część mojej powieści, jeszcze trochę was pomęczę :)
Obudziłam się w tej samej sali, tylko, że teraz była czyściutka, pięknie przyozdobiona i nie było śladów spalenizny. Siedziałam sama na podłodze, byłam zdezorientowana, zupełnie nie wiedziałam co ja tu robię, dopiero później oprzytomniałam.
Usłyszałam muzykę i wesołe krzyki dochodzące zza drzwi naprzeciwko mnie. Jeszcze chwiejnym krokiem podeszłam i otworzyłam wielkie drzwi. Nie wierzyłam własnym oczom, zobaczyłam piękną salę balową.
Wszędzie byli ludzie ubrani w stroje z epoki oświecenia. Widziałam grajków, służbę starającą się donieść przeróżne potrawy na stół, na parkiecie tańczyły pary, a na samym końcu sali siedział jakiś dostojny pan. Przez chwilę byłam otumaniona przepychem tego przyjęcia, dopiero później zauważyłam osoby z mojej klasy. Adrian, Daniel i Szymon zabawiali śliczne damy, Mateusz siedział przy fortepianie i rozmawiał z jakimś gościem, Wiktoria była w towarzystwie strojnych, mocno wymalowanych i dumnych matron, a Kinga, Sandra, Edyta i Marcin zasiadali przy stole i zajadali pyszne potrawy. Przyłączyłam się do nich i zaczęłam pochłaniać ogromne ilości jedzenia. Miałam właśnie wziąć się za upieczonego prosiaka, gdy nagle sobie uświadomiłam, że coś tu nie gra. Popatrzyłam w stronę tego człowieka, który siedział na końcu sali. Zerkał prosto w moją stronę podejrzliwym wzrokiem. Zwróciłam się do Marcina:
- Musimy stąd iść!
Nie zareagował.
- Halo! Słyszysz mnie? – próbowałam dalej, ale on był chyba w transie. - Skąd my się tu wzięliśmy? – potargałam go za ramię, poskutkowało.
- Co mówiłaś?!
- Musimy stąd iść, to jakaś pułapka. Powiedz innym.
Kinga, Sandra i Edyta też początkowo nie reagowały, ale jeden "plaskacz" w twarz wystarczył.
Skierowałyśmy się do wyjścia. Popatrzyłam kątem oka na gościa, który nas tak bacznie obserwował, wstał i w mgnieniu oka, jakby w teleportacji znalazł się obok nas.
- Witam was – powiedział. – Przepraszam, że się wcześniej nie przedstawiłem moim gościom.
- Nic nie szkodzi... – bąknęła Edyta.
- Jestem Kazimierz Stanisław Larytoński i jestem panem tego dworku.
- Aha, a my nie – Edyta popchnęła nas w stronę wyjścia, przyciągając przy tym Wiktorię, która właśnie rozmawiała ze strojnymi damami na temat szminek do ust.
- Panienko Edyto, to bardzo niegrzecznie wychodzić w taki sposób z przyjęcia – pan Kazimierz zagrodził nam drogę.
- Niech pan wybaczy, ale czujemy się nieswojo na balu, na który, nawet nie wiemy skąd, przyszliśmy – powiedziałam.
- To oczywiste, że nie wiecie… - powiedział pod nosem. – Czy poznałyście już mojego bratanka? Jest mniej więcej w waszym wieku.
- Kiedy miałyśmy go spotkać, skoro przed chwilą obudziłam się siedząc przy stole i jedząc bażanta!? – wybuchneła Kinga.
- Czyli mam rozumieć, że nie poznałyście go? Franciszku! Chodź tutaj!
Z tłumu tańczących per wyłonił się młody chłopak. Wiktorii od razu zaświeciły się oczy:
- Cześć, Wiktoria jestem.
Coś tam jeszcze z nim gadała, ale nie słuchałam, bo wraz z Marcinem poszłam wybudzać Mateusza. Chwilę później cała nasza grupa (oprócz Wiktorii) była schowana pod stołem, gdzie zrobiliśmy naradę.
- Dobra - powiedział Mateusz. – Co pamiętacie?
- Ja sobie jedynie przypominam, że szukaliśmy wyjścia z tunelu, potem znaleźliśmy kadzidełko… i obudziłam się tu, jedząc coś – powiedziała Sandra.
Nagle wszyscy umilkli, bo dało się słyszeć rozmowę tych wymalowanych dam.
- Widziałaś te dzieciaki?
- Tak, potwornie niewychowane, to niemożliwe, że dzięki nim się to stanie.
- A droga Cecylio, nie wiesz jak się to odbędzie?
- Trzeba je będzie… - umilkła. – Zaraz, zaraz…
Popatrzyła pod stół.
- Aarghh!!! Zobacz, Terencjo!
Wybiegliśmy z wielkim krzykiem do drzwi wyjściowych. Dopiero wtedy zauważyłam okno, na zewnątrz panowała noc. Nie wiedziałam czy Terencja i Cecylia nas goniły. Wyskoczyłam przez okno, a za mną Kinga, Mateusz i Edyta.
Wpadliśmy prosto do fontanny. Przemoczeni i przestraszenia poszliśmy dalej.
- To miejsce – powiedziała Kinga – nie wygląda tak samo jak ogród, który zwiedzaliśmy.
Popatrzyłam na zegarek, była 00.41.
- Co teraz robimy? – zapytała Edyta.
- Chodźmy tamtędy – wskazałam na dróżkę.
Ruszyliśmy. Było ciemno i strasznie. Zobaczyliśmy, że droga się urywa i zaczyna sosnowy las.
- Wchodzimy - powiedziałam.
- Nie! Nie wchodzicie!
20 metrów od nas pojawił się jakiś człowiek, choć nie wiem czy teraz można go tak nazwać. Wbiegliśmy do lasu, ale ten gość, podobnie jak pan Kazimierz pojawił się przed nami... znikąd. Wyglądał znajomo… zaraz to był…
- Pan przewodnik?! – wykrzyknęłam.
- Tak! A co wy sobie smarkacze myślicie, że ze zwykłej życzliwości ufundowałem wam tą wycieczkę? Specjalnie wybrałem zdrowe, wiejskie dzieci. I teraz właśnie odbiorę wam życie!
- A po co? – zapytał Mateusz.
- Bo widzisz dziecko, po naszej śmierci nie dostaliśmy się do nieba ani piekła, dlatego błąkamy się po ziemi.
- Przecież fajnie jest być duchem, jesteście nieśmiertelni…
- Zamilcz człowieku! Każdy ból zadany nam przy śmierci boli teraz o wiele bardziej. Dlatego dzięki wam znowu będę człowiekiem!
Ruszył w naszą stronę, lecz nagle poczułam chłód i usłyszałam jęki. Popatrzyłam na przewodnika-ducha, miał teraz strach w oczach.
Czego sam nieśmiertelny się przestraszył? Czy przeżyjemy? Tego dowiecie się w następnej części
Tralalala
Tagi:
skomentuj
Superówka...!
cool cool cool!
super!!!super
TO JEST COOL SUPER!!
Super!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!1
Świetne
Acha, ocena: 5.
THE BEST!!
Coś mi się wierzyć nie chce, że tralalala uczestniczyła w tej ,,przygodzie" , ale opowiadanie naprawdę ciekawe. Nie moge doczekać się następnej części. Pisz dalej!!!!!!!
Pisz następną!!! EXTRA!!!
Wydawnictwo nie ponosi odpowiedzialności za treści komentarzy pozostawionych na stronie.
Teksty ukazujące się na stronie nie mogą być kopiowane bez zgody wydawcy.
© Agencja Wydawnicza AGA-PRESS
projekt i wykonanie: Logonet Sp. z o.o.